The Magicians (polski tytuł Magicy), to dwusezonowy (póki co) serial stworzony przez stację Syfy na podstawie książek amerykańskiego pisarza Lva Grossmana. W serii ukazały się 3 tomy – Czarodzieje, Król Magii oraz Kraina Czarodzieja. Dawno temu, zupełnym przypadkiem, trafiłam na pierwszy z nich i zachęcona magicznym opisem postanowiłam oddać się jego lekturze. Już w połowie książki stwierdziłam, że po kolejne nigdy raczej nie sięgnę. Czarodzieje okazali się dla mnie totalnym niewypałem, dlatego zdziwiło mnie, że ktoś chce tą książkę zekranizować. Postanowiłam tą informację zupełnie zignorować aż do niedawna, kiedy potrzebowałam serialu na totalne odmóżdżenie i przypadkiem znów trafiłam na ten tytuł.
 |
| Plus obsada składa się z samych ładnych ludzi. |
Serial niestety powiela wady książki. Na szczęście ma też kilka atutów, dzięki którym oglądanie go staje się całkiem znośne.
Sięgając po książki Grossmana i oparty o nie serial odbiorca wychowany na sadze J.K.Rowling z pewnością spodziewa się porywającej magicznej przygody i wartkiej akcji. Quentin Coldwater, zmagający się z nastrojami depresyjnymi główny bohater, marzy dokładnie o tym samym. Sam pragnąc uciec ze zwykłej, szarej codzienności zaczytuje się w serii fantasy o magicznej krainie Fillory. Pewnego dnia, wskutek dziwnego zbiegu okoliczności, bohater dostaje się do szkoły magii dla dorosłych - Brakebills. Tu uczy się fachu maga, wraz z innymi magicznie uzdolnionymi młodymi umysłami. Zderzenie obrazu świata „mugolskiego”, w którym Quentin dorastał, z tym nowym magicznym owocuje wieloma niesamowitymi przygodami.
Niebawem jednak jego spokojny, jak na magiczne standardy, studencki żywot zostaje przerwany przez pojawienie się tajemniczej i przerażającej Bestii z równoległego świata, która najwyraźniej upatrzyła sobie Quentina i jego przyjaciół Alice, Penny’ego i Kady na kolejne ofiary. Na Brakebills pada blady strach, gdyż nikt nie może czuć się już w murach szkoły bezpieczny. Szybko okazuje się, że Fillory faktycznie istnieje a Bestia właśnie tam przebywa doprowadzając krainę niemal do kompletnej ruiny. Chcąc przetrwać, młodzi adepci muszą odkryć prawdziwą tożsamość Bestii i doprowadzić do jego śmierci. Ruszają więc do Fillory…
 |
| I tak Piotr, Zuzanna, Łucja i Edmund zostają władcami magicznej krainy N..... och wait. |
Magicy, na razie, doczekali się dwóch sezonów. Pierwszy opowiada o starciu z Bestią, drugi… w zasadzie o wszystkim po trochu. I tu tkwi główna jego wada. To produkcja bardzo chaotyczna, o wielu niepowiązanych ze sobą wątkach. Twórcy, z jednej strony chcą nam pokazać jak najwięcej z tego magicznego świata, z drugiej nie dbają o przyczynowo-skutkową oś narracji. Niektóre rzeczy, czasami zupełnie absurdalne, się po prostu bohaterom przytrafiają. Wiele jest w serialu wątków, w których postacie, chwytając się różnych sposobów, próbują rozwiązać swoje problemy ale ich kolejne próby spełzają na niczym. Byłoby to celowe, gdyby czegoś bohaterów uczyło. Tymczasem, nie dowiadujemy się dlaczego ta, czy inna próba się nie udała, następuje od razu przeskoczenie do innego sposobu poradzenia sobie z problemem.
Mnogie są też wątki nie wnoszące zupełnie nic nowego do fabuły, jak na przykład historia chłopaka Elliota, bez której zupełnie można by było się obejść lub rytuał odprawiany przez Quentina i rodziców Alice w drugim sezonie serialu. Rozwiązania niektórych wątków też ocierają się o absurd, lub zupełnie nie mają uzasadnienia w fabule (kto mi powie, dlaczego nagle Elliot okazuje się być królewskiej krwi?). W związku z tym, tempo serialu jest bardzo nierówne i czasami trudno się połapać w postępowaniu bohaterów. Serial, to z jednej strony, mozaika różnych, niepowiązanych magicznych przygód, z drugiej opowieść o prawie-walce z „prawie-głównym czarnym charakterem sezonu”.
W Magikach zobaczycie bowiem przykłady najbardziej zmarnowanego potencjału czarnych charakterów. Są okrutni, to prawda ale zupełnie groteskowi w swoim okrucieństwie. Bawią się ludźmi lub ich częściami ciał (lub nawet je zjadają). Robią to wszystko bez żadnego wyraźnego celu. Są przerysowani a sposób ich postępowania zupełnie niezrozumiały. Bestia ma bardzo dramatyczną historię, która jednak zupełnie nie rzutuje na to, kim jest teraz. Trudno nam po prostu uwierzyć, że to ta sama osoba. Reynard jest może i przerażający ale w stylu karykaturalnych horrorów o odrywanych częściach ciał i sikającej na około krwi, a nie tych naprawdę strasznych, w których niebezpieczeństwo jest owiane tajemnicą, A to, kto naprawdę okazuje się czarnym charakterem drugiego sezonu (i to niemal na końcu, bo przez cały sezon dosłownie NIC na to nie wskazuje) miłosiernie pominę milczeniem…
 |
| Czasami naprawie trudno te wszystkie serialowe głupotki wytrzymać xD |
Przejdźmy do bohaterów. Bohaterowie tego serialu są w teorii dorosłymi ludźmi. W praktyce zachowują się jak rozwydrzone nastolatki na najgorszym etapie swojego życia. Dorosłość tego serialu przejawia się tylko nawiązaniami do seksu (są nawiązania, scen nie ma, tylko leżenie pod kołderką) oraz scenami tortur i morderstw. Pamiętam, że w książce bohaterowie jeszcze czasem sobie porządnie zaklęli, ale „tu Panie telewizja, to nie można” (a może to ja puszczałam to jakoś mimo uszu…hmm..). Dorosłe podejście mają też nauczyciele z Brakebills, a mianowicie zupełnie nie przejmują się tym, co robią ich studenci. Nie kończy się to jednak dobrze, bo jak się okazuje, uczniowie szkoły potrzebują jednak pewnej opieki. Nie wyobrażam sobie raczej sytuacji, że zaginęła niemal cała klasa a kierownictwo jakiejkolwiek placówki oświatowej zupełnie się tym nie interesuje. Ani tym, że w tej kadrze totalnie brak ludzi, który znają się na swojej pracy.
Quentin jest bohaterem, którego na początku trudno polubić, Jest zakompleksiony a jednocześnie zapatrzony w siebie. To bohater, który uważa się za lepszego, dlatego bo trafił do Brakebills, czemu niejednokrotnie daje wyraz. To bohater, którego wszystkie marzenia w tym serialu zostają spełnione a on zupełnie nie umie tego wykorzystać, ani nawet się tym cieszyć. W szkole Quentin poznaje Alice, piekielnie uzdolnioną magicznie kujonkę. Historia dziewczyny zupełnie nie trzyma się kupy, bo pochodzi ona z magicznej rodziny z tradycjami a jednocześnie twierdzi, że sama musiała się tej magii uczyć i nawet nikt jej nie zaprosił na egzamin do Brakebills, więc się na niego wkradła. W dalszej część serialu widzimy jednak, że jej rodzina zdecydowanie praktykuje magię a jej dom jest nią wręcz przepełniony. Alice przybyła do Brakebills tylko po to, by się dowiedzieć, co się stało z jej bratem, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Kiedy Quentin poznaje Alice… to robi się piekło. Doprawdy trudno to wytrzymać. Oboje zachowują się jak pensjonarki, nieustannie spuszczają wzrok i przygładzają włoski. Ma się ochotę porządnie nimi potrząsnąć. Tak przerysowanego obrazu kogoś nieśmiałego dawno nie widziałam. Uważam to wręcz za krzywdzące, bo zamiast wzbudzić w widzu zrozumienie, tylko szarpie mu nerwy.
 |
| Ten związek to prawdziwa drama. Aż chce się robić facepalmy. |
Na szczęście, Magicy mają do zaoferowania także kilka barwnych postaci. Znakomicie sprawdza się Elliot w duecie Margo. Jest to para „tych rozrywkowych” studentów, którzy rozkręcają każdą imprezę, Jednocześnie, są to bohaterowie, których życie bardzo się zmienia wymuszając na nich dorośnięcie do nowym obowiązków. Bardzo dobrze napisaną postacią jest też Penny, wieczny buntownik, który ma dar telepatii i przemieszczania się po świecie oraz pomiędzy światami.
Najciekawszymi bohaterkami tego serialu są osoby, które nie uczęszczają do Brakebills. Okazuje się bowiem, że magii można się nauczyć nie tylko w szkole. Osobom, które nie zdadzą testu wstępnego lub zostaną wyrzucone z Brakebills, kasuje się pamięć i odsyła do normalnego świata. Niektórzy znajdują jednak sposób, by pamiętać. Jedną z takich bohaterek jest Julia, przyjaciółka z dzieciństwa Quentina. Nie zostaje ona przyjęta w poczet uczniów Brakebills, a jednocześnie pamięta swój test, wie że magia naprawdę istnieje. I teraz wyobraźcie sobie, że Hogwart istnieje, już prawie tam byliście ale coś poszło nie tak i znów stoicie na dworcu King Cross bez nadziei na powrót do zamku. Jak wrócić po czymś takim do normalności? Otóż, chyba się nie da i nie udaje się też Juli. Dziewczyna zaczyna szukać innych metod nauki i natrafia na grupę samokształcenia, pod wodzą, wyrzuconej na ostatnim roku z Brakebills, Mariny. Tu, jej przygoda się rozpoczyna ale nie kończy. Jest to zdecydowanie jedna z najtragiczniejszych postaci tego serialu. Drugą jest właśnie Marina, kreowana na początku na jędzę i szajbuskę. Wbrew pozorom, jest to najbardziej inteligenta i racjonalnie postępująca postać w tej produkcji (najbardziej też przeze mnie lubiana). Jej finał był naprawdę bezsensowny i żałosny. Nigdy też nie dowiadujemy się tak naprawdę, za co została wyrzucona z uczelni, co stanowi dużą lukę w scenariuszu.
 |
| Zarówno Marina (znana z Hannibala Kacey Rohl) jak i Julia są piekielnie dobrymi magikami. I najciekawszymi postaciami w tym serialu. |
Wiele bym dała, by zobaczyć więcej nauczania w tej szkole. Przez większość czasu bohaterowie zajmują się zupełnie innymi rzeczami i trudno powiedzieć, czy jeszcze uczęszczają do Brakebills, czy już nie. Tym bardziej, że sposób czarowania w tym serialu jest bardzo oryginalny. Magia wchodzi tu bowiem w bardzo bliskie relacje z nauką. To nie machanie różdżką, tylko ogrom obliczeń i wyuczonych sekwencji ruchów. Głównym narzędziem bohaterów są ich dłonie. Momentami ta magiczne choreografia wygląda naprawdę widowiskowo.
Bardzo ciekawe jest tu także samo pojmowanie magii. Hasłem produkcji jest „Magic is a drug” i bardzo dobrze oddaje ono idee serialu. Bohaterowie nie krygują się i nie udają, że nigdy nie chcieli nosić brzemienia bycia magiem. Doceniają to, że znaleźli się w Brakebills i za wszelką cenę chcą tam pozostać. A ci, którym zostało to odebrane, jak Julia czy Marina, zrobią wszystko, by nadal móc magii używać. Interesującą ideą jest to, że moc nie pochodzi w tym świecie z wrodzonego talentu, czy zdolności. Drogą do prawdziwej mocy jest ból. Tylko osoba, która wiele przeszła i znajdzie siłę, by wykorzystać swoje cierpienie może władać naprawdę potężną magią.
Zarówno w książce, jak i w serialu, pojawia się kilka naprawdę nietuzinkowych pomysłów na kreację magicznego świata przedstawionego. Szkoda, że toną one w morzu tych absurdalnych oraz tych, które autor zaczerpnął z istniejącej literatury. Bo tak po prawdzie, Magicy przypominają trochę fanfik poskładany ze wszystkich ulubionych magicznych wątków. W serialu pojawia także dużo rozmaitych nawiązań do różnych tworów popkultury m.in. Gry o Tron ("red my wedding"), Doctora Who (TARDIS w domu Alice), czy Mission Impossible (napad na bank).
Plusem serialu, a raczej tym, co naprawdę trzyma przy nim widzów, są stare dobre cliffhangery. Kończy się takim niemal każdy odcinek i naprawdę trudno nie sięgnąć wtedy po kolejny. W końcu chcemy wiedzieć jak się kończy dany watek, jak absurdalny by on nie był. Dlatego Magicy to idealny guilty pleasure. Szczególnie, jeśli przymrużymy oko na niedoskonałości i popatrzymy na niego jak na satyrę na wszelkie magiczne twory popkultury.
Drugi sezon jest już bardziej uporządkowany, niż pierwszy jednak nadal dominuje w nim wielki, magiczny bałagan. Stacja podjęła decyzję o kontynuowaniu serialu. Jeśli zobaczymy w nim dojrzalszych bohaterów, a wydarzenia dostaną swoją przyczynę i skutek, może się to oglądać całkiem przyjemnie.
Etykiety: magia, serial, USA