Widzieliście może gościa w gigantycznej sztucznej głowie?, czyli Paczara i 'Frank'.

Wczorajszy dzień obfitował u mnie w bardzo spontaniczne decyzje. Pewne większej, inne mniejszej wagi. Jedna z nich zaprowadziła mnie do ciemnej i przytulnej sali kinowej na nowy film Lenny’ego Abrahamsona „Frank”. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba sobie jak najczęściej pozwalać na chwile spontaniczności. Paczara niczego nie żałuje!

Puk, puk, kto tam?

Już przed filmem spotkała widzów miła niespodzianka. Została nam bowiem wyświetlona
zapowiedź reżysera. Po polsku i z uroczym irlandzkim akcentem. Od razu na sali zapanowała przyjemna atmosfera. Serio, twórcy mogliby częściej zapowiadać swoje dzieła. Przed każdym seansem powinno być wyświetlane kilak słów od reżysera. To wprowadza w naprawdę niepowtarzalny nastrój.

Reżyser sprawia wrażenie przemiłego człowieka.

„Frank” to słodko-gorzka irlandzko-brytyjska komedia o nietypowym zespole i pogoni za marzeniami. Głównym bohaterem jest Jon (Domhnal Gleeson), który wiedzie spokojne i nudne życie. Codziennie rano udaje się do pracy, której nie cierpi. Codziennie koloruje swój dzień na forach społecznościowych. I codziennie próbuje znaleźć inspirację do napisania piosenki. Muzyka jest jego pasją, jednak brak mu bodźca, prawdziwego natchnienia do stworzenia czegoś nowego i niezapomnianego. Do czasu, aż poznaje Dona (Scoot McNairy), który proponuje mu granie z zespołem Soronprfbs (tak, nikt nie wie jak się to wymawia ;) ). Liderem grupy okazuje się być ekscentryczny Frank (Michael Fassbender). Frank zawsze pokazuje się w gigantycznej sztucznej głowie, a w zasadzie to nigdy jej nie zdejmuje (serio, nawet pod prysznicem). Zespół zaszywa się na kompletnym odludziu, by bez przeszkód oddać się swojej pasji i nagrywaniu nowej płyty.

Spoko. Będzie płyta.

Film jest przepełniony dobrym, mądrym humorem. Im dłużej Jon przebywa z zespołem, tym więcej dowiadujemy się o jego członkach. Każdy z nich jest bardzo oryginalną postacią, każdy ma swoje małe dziwactwa. Wielu przebywało w szpitalu psychiatrycznym, inni z kolej zachowują się jakby dopiero opuścili jego mury chociaż nigdy tam nie zawitali. Ta wybuchowa mieszanka obfituje w liczne humorystyczne sytuacje i dialogi.

Jedna z najbardziej paradoksalnych scen (a jest ich wiele).

Jednocześnie jest to film o sztuce i poświęceniu dla niej. O szukaniu własnej artystycznej drogi. O sposobach wyrażania siebie. O przełamywaniu własnych ograniczeń. O spontaniczności. Jon chcąc za wszelka cenę zdobyć popularność o mało nie niszczy wszystkiego, do czego dążył zespół. Tymczasem nie o brawa chodzi w prawdziwej pasji. Patrząc na tą grupkę odszczepieńców widz wie, że chcą przekazać to, co im w duszy gra. Chcą dać się ponieść żywiołowi, wolności twórczej. Tworzą dziwaczną, bezkompromisową muzykę i to jest piękne. Zanim dołączył do nich Jon, żadne z nich nie pomyślało o tworzeniu pod publiczkę. Muzykowali trochę dla siebie, trochę dla pozostałych. Jak zauważa sam bohater, to czyniło Franka tak niesamowitym. Szukał inspiracji we wszystkim. Potrafił wydobyć dźwięk z najdziwniejszych przedmiotów. Robił rzeczy, na które inni, by nie wpadli. Twierdził, że śpiewać można o wszystkim co nas otacza. Talent, kreatywność i niecodzienne podejście do życia zaskarbiły mu podziw i miłość pozostałych członków zespołu. Niektórzy chcieli być tacy jak on,  do bólu chcieli być Frankiem. Jednak Frank był tylko jeden.

To trudne pytanie...

Jak się pewnie domyślacie Paczara zainteresowała się Frankiem oczywiście ze względu na Fassbendera. Paradoksalnie film, w którym nie widać jego twarzy tylko utwierdził mnie w przekonaniu o ogromnym talencie aktora. Poza tym, ostatnia scena rekompensuje to ciągłe ukrywanie się za gigantyczną głową. Jeszcze długo po wyjściu z kina nuciłam piękny w swej prostocie i do głębi wzruszający przebój Franka. Nawet bez mimiki będącej jedną z najważniejszych cech świadczących o talencie aktora, Fassbender fantastycznie sobie poradził. Niesamowicie zagrał gestem i głosem, który po raz pierwszy skupił moją całą uwagę. Ta nieco inna, muzyczna strona Fassiego wypadła wspaniale. 

Frank jest niedocenionym muzycznym geniuszem.
Frank niczym dziecko jest zaintrygowany światem i wszędzie szuka inspiracji.
Franka czasem ponosi ;)

Równie dobry, był w swej roli Domhnal Gleeson. Jon to postać trudna do jednoznacznej oceny. Z jednej strony robi wrażenie dobrego człowieka, który rzuca wszystko, by podążać za marzeniami. Z drugiej dopuszcza się działań, których nie pochwalamy. Gleeson idealnie wyważył charakter Jona. Czujemy do niego sympatię, ale nie lubimy go. Świetnie dobrani są też pozostali członkowie ekipy. Zwłaszcza mówiący tylko po francusku i zwracający uwagę niesamowitą grzywą François Civil, grający gitarzystę Baraque’a. Nie mogę za to znieść Maggie Gyllenhaal. Paczara chyba nigdy nie przekona się do tej aktorki. Jest do bólu irytująca, tak samo jak postać, którą gra.

Frank jest wyjątkowy.

Frank miał swoją premierą na Festiwalu w Sundance. Jest zaliczany do tak zwanego niezależnego nurtu. Paczara jednak jest przekonana, że sposób w jaki reżyser podał widzom ten film jest na tyle nietuzinkowy i zabawny, że znajdzie on wielu miłośników. Mnie Frank oczarował. Patrząc po reakcjach reszty widowni nie jestem w tym osamotniona ;)

Więc wstań i idź! Idź zobaczyć Franka a nie pożałujesz :D

Etykiety: ,