'Skins: Rise', czyli Cooka szalone wzloty i upadki.

Myślisz, że wiesz wszystko o śmierci, ale tak nie jest. Dopóki jej nie zobaczysz na własne oczy. Wtedy to wchodzi ci głęboko pod skórę i zostaje tam na zawsze.
Myślisz też, że wiesz wszystko o życiu. Stoisz nad przepaścią, wszystko żyje dookoła ciebie, a ty nie. Nie do końca. Jesteś tylko turystą. Duchem. I wtedy to dostrzegasz. Naprawdę. I wtedy to wchodzi Ci głęboko pod skórę i zostaje tam na zawsze. Nie ma od tego ucieczki. Nic nie możesz zrobić i wiesz co? To dobrze. To jest dobra rzecz.

czyli, James Cook (Jack O’Connell) przedstawia najbardziej mroczny, bolesny i refleksyjny odcinek Skins. Wszystko tu jest niezwykle poważne, niezwykle smutne i starające się jak najbardziej odstawać od tytułu (Rise, czyli powstawać, wznosić się).

Trudno się nie zgodzić.

Nauczyłem się jednego. Nigdy nie patrz wstecz. To, co było jest już pogrzebane. Nic ci nie da życie przeszłością. Liczy się teraz. – Tymi słowami Cook zaczyna snuć swoją opowieść.
Przypominając sobie ostatnie sceny z jego udziałem w finale 4 serii, zrozumiałam, że wisi nad nim nie lada ciężar. Ciężar, o którym chce zapomnieć i uciec jak najdalej. Mimo to, duchy przeszłości nie pozwalają zaznać mu spokoju i nawiedzają go w snach. Nazywam się James Cook. Zrobiłem coś. I nie potrafię o tym zapomnieć. Słysząc te słowa odetchnęłam z ulgą. To może się wydawać dziwne tym, którzy nie toczyli piany z wściekłości na widok zakończenia czwartego sezonu. Myślę, że wierni widzowie, którzy trzy lata czekali na rozwiązanie pewnego kluczowego wątku, zgodzą się ze mną, że twórcy zafundowali nam małe piekło. Rise przyniosło nadzieję na wyjaśnienie całej historii. Fire i Pure przyniosły trwożną myśl, że żadnych nawiązań nie będzie i otrzymamy kolejną oderwaną od przeszłości historię. Choć połowiczne i oparte na aluzji to jednak, na szczęście, to wyjaśnienie dostajemy.

Kręta i pełna ślepych zaułków droga Cooka doprowadziła go do Manchesteru, gdzie bohater zajmuje się handlem narkotykami. W sumie, nie ma w tym absolutnie nic dziwnego. Wręcz cieszy fakt, że twórcy nie próbowali całkowicie odmienić Cooka i np. wcisnąć go w korporacyjny garnitur. Zamiast tego znajdujemy dawnego, ale jakby trochę „przygładzonego” i uporządkowanego Jamesa, który o dziwo naprawdę stara się unikać kłopotów. Ale jak to zwykle z tym bohaterem bywa, one same go znajdują.

Abstrahując nowe fryzurka Cooka jest absolutnie urocza. Nadaje mu wygląd niewinnego chłopca, co doskonale kontrastuje z charakterem postaci. Świetnie dobrana jest też muzyka. Mocne hiphopowe rytmy ulicy przeplatają się z elektronicznymi brzmieniami klubów.

Z cyklu: Jak fryzura zmienia człowieka!

Historia jest prosta i od początku zwiastuje dramat. Cook, jego szef  Louie i dziewczyna szefa Charlie – jak się słusznie domyślacie ta konfiguracja wieszczy kłopoty. Jak się niebawem przekonujemy Cook, choć bardzo się stara, nadal nie umie utrzymać „małego Cooka” na wodzy. I co gorsza, ciągle zdarza mu się nim myśleć. Charlie to taka trochę inna wersja Effy. Pewna siebie, nieodpowiedzialna i rzucająca się na wszystko, co się rusza egoistka. To jej Cook powierza swoją tajemnicę. To ona prosi go, by był dla niej dawnym sobą. Od początku wiadomo jak się skończy ta historia. To znaczy, wiadomo, że źle, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo. Cook szybko dowiaduje się jak kończą kolesie „pieprzący” dziewczynę szefa.

A propos, norma słowa „fuck” i jego odmian na odcinek wreszcie wyrobiona  :)

Druga część to ciągle trzymająca w napięciu ucieczka przed urażonym ego zionącego zemstą kryminalisty. Najbardziej żal mi dziewczyny Cooka - Emmy. Okropnie niesprawiedliwe i frustrujące jest, że najbardziej ucierpieli zupełnie niewinni i niezwiązani z cała sprawą ludzie. Na pocieszenie dostajemy od Charlie pusty zlepek słów, że jest jej przykro. Otóż nie jest. I nikogo nie powinno zdziwić, że w końcu z jej ust pada „We need to kill him”. I że z fascynacją w głosie opisuje jak chciałaby to zrobić. Aż nerwy ponoszą, gdy Cook reaguje na jej: „Wybierz mnie”. No, ale cóż, to cały Cook.


Ostatnie sceny odcinka w spowitym śniegiem lesie, to tylko wciąż kołaczące w mojej głowie słowa „Biedna Emma, biedna Emma, biedna Emma…”. Tu kolejny raz muszę zwrócić uwagę na muzykę. Jest niesamowita, idealnie dobrana. W swoim pozornie spokojnym rytmie przyprawia o niepokój i dreszcze. Czujemy, że zaraz stanie się coś strasznego…

Nie jest tajemnicą, że historia lubi się powtarzać. W taki czy inny sposób. A wtedy najlepiej zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu, co według Cooka nie jest takie trudne… 



Etykiety: , ,